7 lip 2013

JEDZENIE ZA DARMO? JESZCZE NIE UMARŁO


Nie wiem czy jeśli chodzi o takie eventy Poznań jest miastem zacofanym, czy pionierskim. Jest jeszcze opcja, że to ja nie ogarniam i być może takie inicjatywy dzieją się w moim mieście od lat. Whatever, najważniejsze że są.

Dwa tygodnie temu do Poznania przyjechała Nivea ze swoim nowym projektem i w ramach tego zorganizowała dla nas śniadanie. Było żarełko, picie, muzyka, dziwne bańki dmuchane na hel i monstrualne piłki siejące popłoch wśród śniadaniowiczów. Wcześniej ekipa pięknych, ubranych na biało-niebiesko hostess dała jeść w Olsztynie, Katowicach i Wrocławiu. Wszystko i wszędzie za okrągłe zero złotych.

Ostatnie zdjęcie to właśnie jedna z tych dziwnych baniek na tle nieba.

A w tą niedzielę w ramach Festiwalu Malta, "Recyclingowe śniadanie" odbyło się na Placu Wolności - miejscu, które tak powinno wyglądać cały rok, a nie tylko z okazji festiwalu czy innego Euro. Tu już było nieco inaczej, ale o tym za moment. Najpierw foty:

Wszystko wyglądało pysznie, ale... czy tak smakowało?

Polacy to taki naród, który za promocją pójdzie w ogień. Niech Coca-cola napisze, że w godzinach 12-13 ma do rozdania 20 puszek, to pół miasta weźmie urlop i kolejka będzie stać od 4 rano.

Dobra, aż tak źle z nami nie jest, ale kochamy słowo "gratis". I nie piszę tego złośliwie - w Polsce po prostu łatwo i tanio zrobić event, który przyciągnie tłumy. Bogatym społeczeństwem to my jeszcze długo nie będziemy, więc takie triki jeszcze długo będą na nas działać. Co nie znaczy, że na Zachodzie nie działają, ale tam jeśli coś jest za "free" to nie wzbudza takich emocji jak u nas.

Bo w Polsce dostrzegam 6 typów emocji związanych z szeroko pojętą darmochą:
  • nieufność - eee tam, na bank jakiś szwindel albo nędza
  • zazdrość - jeśli tamten dostał, to ja też chcę!
  • złość - tamten dostał, a ja nie?!
  • radość - jak dają, to brać! Cokolwiek to jest.
  • zadowolenie - i tak bym kupił, ale skoro dają?
  • smutek - a miało być za darmo...
Myślcie co chcecie, ale śniadanie z Niveą zdecydowanie wiąże się u mnie z emocją nr 5. I tak zjadłbym je sobie w domu, ale po co? Tu jest plener, tu są hamaki, ludzie, jest kawa, są kanapki, a do tego super letnia pogoda. Dlaczego miałem wybrać inaczej?

Śniadanie na Placu Wolności to z jednej strony emocja nr 6, bo trzeba było mieć ze sobą portfel, ale z drugiej... to nie było jedzenie, za które chciałbym zapłacić. Wszystkie przekąski okazały się być wege-przekąskami i niestety - nie płacę za żarcie, którym się nie najem. Wiem, że można - wegetarianie i kobiety mogą. Ale dla mnie, jako faceta-mięsożercy od urodzenia i do śmierci, płatne eko-menu nie wchodzi w grę. Z kolei za tartę z bekonem grosza bym nie żałował.

Tak czy inaczej - cieszy mnie fakt, że coraz więcej tego typu imprez nie obywa się bez jedzenia. Bo cokolwiek w tym momencie myślicie, schemat jest taki - wspólne posiłki zbliżają ludzi. Ludzie będąc i żyjąc ze sobą, są bardziej szczęśliwi i bardziej z tego życia zadowoleni. A potem pamiętają czas i miejsce, gdzie było im dobrze. Pamiętają, kto im tę przyjemność zrobił.

Nie ma chyba lepszej reklamy.


Dlatego czekam na kolejne śniadania. Może nawet obiady i kolacje ;) A jak jest z Waszą obecnością na tego typu eventach? O ile w ogóle się odbywają?