4 lip 2013

JAK BRONIĆ SIĘ NA ULICY ?


Nigdy nie umiałem się bić. Z jednej strony dlatego, że tak zostałem wychowany (peace & love is everywhere), a z drugiej - moja wątła postura nigdy nie pozwalała mi na przejawy jakiejkolwiek agresji. Zresztą, czasem lepiej nie podskakiwać, bo w modzie są teraz maczety.

Co nie znaczy, że się nie broniłem. W szkole od czasu do czasu każdy mniejszy chłopczyk podpadał tym większym, a powodem było wszystko - od wieśniackich butów i babskiego tornistra po zwykłe "co sie paczysz frajerze?". Metod na uniknięcie konfrontacji było kilka - ja z racji swojej postury byłem zwinny jak kuna i najczęściej uciekałem, czym doprowadzałem swoich oprawców do furii i na następnej przerwie znów miałem przesrane. Mogłem też czekać na "panią" aż zauważy szykującą się egzekucję albo liczyć, że wytrwam do dzwonka. Ale wolałem pobiegać, w końcu sport to zdrowie.

Tak było w podstawówce. W liceum normalnych ludzi było więcej, bo zamiast marnować czas na podduszanie szkolnego kolegi, marnowało się go na pierwsze fajki, pierwsze browary i pierwsze dziewczyny. To były też czasy pierwszych telefonów komórkowych typu Nokia 3210 i niestety poza terenem nie było już tak bezpiecznie. Pamiętam jak zamieniłem się z ojcem na model 6210 - taka czarna perła pośród całej tej reszty szarych kamieni. Jarałem się jeden, dwa dni? Skroili mnie pod szkołą - jakieś dwa typy. Właściwie to nawet gdybym kochał się naparzać, i tak zarobiłbym parę solidnych bomb, a nokię i tak bym stracił. Życie, przynajmniej moja twarz nadal prezentowała się efektownie.

Potem jednak zdałem sobie sprawę, że brak siniaków w zamian za dobrowolne poddanie się karze nie jest żadnym powodem do dumy. Wstyd mi było, że górę wziął strach i rozsądek zamiast emocji i pójścia na żywioł. Gdybym był Brucem Bannerem to taka myśl w jednej chwili przetransformowałaby mnie w Hulka.

Jakiś czas później poznałem gościa o podobnym do hulkowego bicepsie. I tak od słowa do słowa doszliśmy do tematu przemocy na ulicach, której też przecież byłem pół-ofiarą (bo jednak krew się nie polała). Sprzedał mi wtedy kilka z jego punktu widzenia oczywistych rad, jak się w takich sytuacjach zachować. Zapamiętałem to tak:

1. Po pierwsze - nie jesteś Stevenem Seagalem. Będzie bolało i bądź na to gotowy. Niby racja, ale bez uderzenia się nie obejdzie...

2. - Oglądasz boks? - Tylko Gołotę. - No to na ulicy jest inaczej. Liczy się garda (silniejsza ręka zasłania twarz, słabsza operuje przy podbródku), oddech, ugięte kolana i ruch. Jak w prawdziwym boksie.

3. Nie kop przeciwnika. Chyba, że po jajkach, ale musisz mieć 100% pewności, że trafisz.

4. Kiedy już cię biją - nie cofaj się, ale przyj do przodu. Raz, że dostaniesz słabiej, bo uderzenia nie zdążą nabrać prędkości. Dwa, że przeciwnik automatycznie zacznie się cofać. Hmm... wcale nie takie oczywiste.

5. Nie każdy nosi przy sobie zestaw Dextera, ale każdy nosi klucze - ściśnij je w pięść tak, żeby jeden z nich wystawał między 3 i 4 palcem. Monety też mogą być.

6. Masz okazję - wepchnij mu palec w oko albo uderz dłońmi w jego uszy, tak jakbyś miał mu zmiażdżyć łeb. Krzywdy nikomu nie zrobisz, a jemu się odechce.

7. Włącz szybki podgląd na otoczenie, zlokalizuj ludzi i... run Forest, run! To zawsze jest najlepsza metoda.

Przyznam, że pocieszył mnie tą ostatnią radą. W takich sytuacjach często brawura = głupota i zawsze jest ryzyko, że starcie zakończy się porażką. Bez możliwości rewanżu.

Z drugiej strony, jeśli twoim drugim domem jest siłownia tudzież sala do karate, to podejdziesz do sprawy ambicjonalnie i pewnie pogonisz frajerów. Wszystko jest kwestią oceny własnych sił, możliwości i tego, co możemy stracić.


Jestem pewien, że mieliście w swoim życiu mniej lub bardziej hardkorowe akcje na ulicy. Jak było? Daliście radę?