18 cze 2013

WHISKEY IN THE JAR, CZYLI W DOMU U JACKA DANIELA


Kiedyś przyjąłem sobie taką zasadę, że jeśli będę tu pisał o knajpach, to tylko tych sieciowych albo tak bardzo godnych polecenia, że warto tam przyjechać nawet z Helu (o ile nie mówimy o bistro w Juracie). Sieciowe dlatego, że oferują to samo w wielu miejscach i moja opinia przyda się każdemu, a nie tylko tubylcom. A "godne" prezentują w jakimś sensie poziom wybitny, co oznacza że wszyscy powinni o tym wiedzieć.

Whiskey in the Jar nie spełnia żadnego z tych wymogów. Bo ani to sieciówka, ani niczym specjalnym się nie wyróżnia (no może poza jednym elementem, ale o nim za chwilę). Co nie znaczy, że nie jest warta uwagi - wręcz przeciwnie, bo menu ma z górnej półki. Ale gdyby powstała kilka miesięcy wcześniej i złapała trend, zyskałaby miano pierwszej prawdziwej poznańskiej burgerowni i to byłoby coś. A tak pyszne burgery w ofercie są, tyle że przyćmione przez steki, które mają być główną wizytówką lokalu. Być może są mistrzowskie, ale u mnie rządziłyby burgery :)

Jackowi Danielowi się nie odmawia

W każdym razie dla Whiskey in the Jar postanowiłem zrobić wyjątek, bo... otrzymałem zaproszenie na opening party i parę drobiazgów. To raz :) A dwa, że jedzenie to tak naprawdę tylko dodatek do tego, co jest specjalnością tego miejsca i o czym naprawdę warto ludziom powiedzieć. A są to Whiskey Jars, czyli drinki robione na bazie Jacka Danielsa i podawane w jarach - takich dizajnerskich słojach. W Poznaniu żadna inna knajpa nie może pochwalić się takim podejściem do "łyżki" - w każdej dostaniesz whiskey z colą, ale tylko tu masz do wyboru 15 różnych miksów Jacka z dodatkami. Od chili, przez kiwi do blue curacao - pełen wachlarz. Ja wybrałem Sweet & Sour, co nijak wskazywało na to, z czego jest zrobiony, ale okazało się strzałem w dziesiątkę - chciałem dostać drinka, który nie zabije mi smaku Jacka i jednocześnie będzie smakował inaczej niż klasyczna whiskey z lodem czy wodą. No i udało się :)

Jednym się nie upijesz. Dwoma pewnie też nie, bo w słojach jest bardzo dużo lodu.

Mój akurat miał barwę rozrzedzonej lodem whiskey, ale dziewczyny też znajdą coś dla siebie, bo cała reszta  drinków przybiera różne kolory i fajnie wygląda. A ceny też są różne - od 19 do 27 pln. Drogo, ale to w końcu Jack.

Co poza whiskey jars?

Sprawdziłem dopiero w ten weekend, bo wcześniej jakoś nie było mi po drodze. I właściwie od początku moim celem był burger. To bardzo ciepły ostatnio temat i coraz mniej jest ulic, gdzie burgerowni nie ma. Ale burgery to nie tylko moda. Od całego tego śmieciowo-kebabowego jedzenia różnią się tym, że wiesz, co jesz. Bo mięso ci mielą na bieżąco, a jak dobrze trafisz to nawet na twoich oczach. Do tego sałata, cebula, pomidor, sosik i  buła (powinna być zwykła, tu niestety podali w takich typowych, jak z McD).
Jak zjadłem takiego spicy burgera o 17, tak do końca dnia nic już do ust nie włożyłem. Taki pożywny był. I smaczny, chyba najlepszy jaki jadłem w Poznaniu. Tak, zdecydowanie najlepszy. Mimo tej buły.

Burger - obłędny. Frytki - znakomite. Sałatka - niekoniecznie.

Jeszcze jakieś atrakcje?

Na pewno nie ceny, bo choć są "rynkowe", to tylko dlatego że lokal znajduje się na Starym Rynku. Taki jeden burger uszczupli twój portfel o 34 zł, ale - i tu piąteczka - dostajesz w zestawie kubełek grubo krojonych, pysznie doprawionych frytek stekowych. Generalnie drogo, ale raz na jakiś czas można rozluźnić poślady i nie myśleć o finansach.

No dobra, to jakie te atrakcje?

Po pierwsze muzyka na żywo, czyli rockowo-bluesowe klimaty grane przez  jakąś młodą, energiczną kapelę, ewentualnie DJ'a. Po drugie atmosfera, bo ludzie fizycznie i emocjonalnie związani z motocyklami, rockabilly i pin-up'em to mocno pozytywna, mocno wyluzowana i mocno towarzyska grupa przyjaznych sobie ludzi. Po trzecie klimat samego miejsca, który tę atmosferę amerykańskiego luzu skutecznie nakręca.

Wieczór, tłum ludzi i kapela na żywo - warunki idealne.

Z takich jeszcze drobnych niedociągnięć i mojego czepialstwa - brak opakowań na wynos. Albo zjadasz całość, albo zostawiasz. Ja się wycwaniłem i po pudełko poszedłem do lokalu obok. Bez żadnej spiny i z uśmiechem, bo to drobiazg, ale opcja zapakowania jedzenia powinna być standardem. Tym bardziej, że stronka na fejsie informuje, że jest taka możliwość.

Powiem tak: jeśli kiedykolwiek pomyślę o burgerze i będę miał trochę wolnej gotówki - pójdę do Whisky in the Jar. Jeśli kiedykolwiek pomyślę o wypiciu whiskey i będę w okolicy - pójdę do Whiskey in the Jar. Bo tak jak lubię mięso kupować w mięsnym i pizzę jeść w pizzerii, tak lubię pić whiskey tam, gdzie wiedzą jak ją podać, żeby mi smakowała.


A jak wygląda sytuacja z takimi lokalami w innych miastach? W ogóle pilibyście takie mikstury czy tylko czysta z lodem wchodzi w grę?