15 kwi 2013

WSTĄPIŁEM DO SB I DOBRZE MI Z TYM


Teraz moja kolej i w Soundtrack Blogerów wchodzę jako gwiazda - czyli ostatni :) Sam pomysł na starcie nie przypadł mi do gustu, ale złapałem się na tym, że mimo mojej początkowej niechęci nie opuszczała mnie myśl o tej jednej jedynej piosence, która mogła wywrzeć jakiś sensowny wpływ na moje życie lub nawet całkowicie je odmienić. Wniosek jest taki, że zabawa zabawą, ale daje fajny bodziec do tego, żeby przypomnieć sobie parę ważnych chwil.

I jak tak zacząłem się na poważnie zastanawiać, co mogłoby być tym jedynym, ściskającym za serce utworem, to... prawie zrezygnowałem. Bo się nie da. Jak każdy miałem w swoim życiu lepsze i gorsze momenty i do każdego z nich można przypisać jakąś piosenkę, jakiś rodzaj muzyki albo jakiegoś artystę, który 'zrobił mi' tamten okres.

'Prawie' robi jednak dużą różnicę, bo pomysł który tak głęboko wszedł w moje zwoje mózgowe nie mógł zostać ot tak po prostu porzucony. Bo dalej wierciłby mi dziurę w głowie i przeszukiwał pamięć, a ja nie miałbym (dosłownie) głowy do tego, żeby myśleć nad czymkolwiek innym. To tak jak z nazwą czegoś, słowem, którego nagle wam brakuje i macie je na końcu języka - musicie sobie przypomnieć bo inaczej zginiecie. I ta ulga, kiedy to słowo się pojawia - bezcenne. Tak samo było z tym utworem.



Ludzie słuchając muzyki czy odbierając jakikolwiek rodzaj sztuki utożsamiają się z nią na różne sposoby. Podniecają ich słowa, ekscytuje melodia, kochają artystę albo widzą w piosence sceny i miejsca ze swojego życia generujące ważne wspomnienia i emocje.

Klucz do Violent Hill może być tylko jeden: ISLANDIA. To tam, przed telewizorem, odbyłem swój pierwszy raz z tą piosenką. W trakcie pracy, gdzieś między ścielonym właśnie łóżkiem a wyszorowanym przed chwilą klozetem. Leciała codziennie o różnych porach, ale ja i tak zawsze na nią trafiałem. To był taki fajny zwyczaj włączania TV zaraz po wejściu do pokoju. Nie rajcowało mnie chodzenie przez cały dzień w słuchawkach i mp3 w kieszeni - to islandzkie kanały muzyczne miały wtedy ten klimat, który wspominam do dziś. Poza tym - spacery brzegiem oceanu, relaks z kawą na basenie, prawdziwe przeceny na Laugavegur, cudownie wyluzowani ludzie. No i najważniejsze - to tam się oświadczyłem, nad oceanem, właśnie podczas jednego z takich spacerów. Potrzebowałem wtedy wyciszenia, oderwania się od pracy w knajpach i ludzi, którzy mnie tam wtedy w Polsce otaczali. I o - Islandia odmieniła mnie całego, zmieniła na lepsze i dała Violent Hill.

A tu linkuję do dwóch innych utworów, które nie wytrzymują konkurencji z Coldplay, ale też już na zawsze będą tworzyć mi przed oczami obraz Islandii - to Hot Chip / Ready for the floor i Eddie Vedder / Society.

I jeśli jeszcze ktoś z was nie miał okazji poznać tej pięknej wyspy, to TU, TU, TU i TU może ogarnąć moją relację z 3-miesięcznej wyprawy za islandzkim chlebem.

No a tytułem podsumowania - miło było podzielić się swoim ukochanym kawałkiem z wami-blogerami i nie tylko. Dzięki SB (pechowy skrót, ale cóż) mogłem sobie to uświadomić i już mi z tym lepiej. Może każdy rodzaj sztuki wart jest swojego 'the best of'?




Ok, teraz Wasza kolej i Wasze numery. Linkujcie dużo.