25 mar 2013

CZY KTOŚ JESZCZE NIE ZNA 'HOUSE OF CARDS'?


Znam takich, co twierdzą, że aktualnie produkowanych seriali nie powinno się recenzować. Bo jest to dzieło niedokończone i to, czym teraz serial zdobywa popularność niekoniecznie musi się przekładać na jego dalsze sukcesy. Kilka, kilkanaście wgniatających w fotel epizodów o wiele łatwiej zrobić niż utrzymać przynajmniej to samo napięcie przez kilkadziesiąt kolejnych odcinków. I skoro tak, to każdy sam powinien podjąć decyzję czy zaczyna przygodę z serialem. Choćby oglądając trailer.

Ale wystarczy, że zmienię punkt siedzenia i dotrze do mnie, że za szansę obejrzenia najnowszej amerykańskiej produkcji powinienem zapłacić. A że raczej nie lubię kupować czegoś, co nie wiem czym tak naprawdę jest i jakie ma możliwości, to wolałbym poznać czyjąś opinię zanim wyciągnę portfel.

Moja przygoda z modą na amerykańskie seriale zaczęła się od Prison Break a skończyła (póki co) na 5. sezonie Dextera. To tyle, co nic. Ominęli mnie Zagubieni, Rodzina Soprano, House czy Californication, a nawet Mad Men i Gra o tron, bo nigdy nie miałem czasu na ich zgłębianie. Wiem tylko, że istnieją i za coś ludzie je kochają. Tak, ignorant ze mnie, ale nie brakuje mi tego. Kiedyś nadrobię, a w międzyczasie może trafi się jakiś hit, z którym będę musiał być na bieżąco.

Taki jak House of Cards. Z różnych stron docierały do mnie ostatnio zachwyty nad tą produkcją. A jak już wiecie nie jestem nałogowym oglądaczem seriali i nie śledzę nowości, które co rusz Ameryka wypuszcza w świat. Dlatego jeśli w całym tym social-media-informacyjnym bałaganie mój mózg coś takiego zarejestruje, to znaczy że dzieje się coś wyjątkowego.

HoC jest dzieckiem Netflixa - największej na świecie streamingowej wypożyczalni filmów i seriali. Wyjątkowość tej 'rodzinnej' relacji polega na tym, że Netflix (podobnie jak Spotify) potrafi dosłownie w parę chwil dostosować kolekcję utworów pod wasz gust. Jaki to ma wpływ na HoC? Ano taki, że znając preferencje milionów ludzi (Amerykanów), Netflix mógł pozwolić sobie na stworzenie produkcji niemalże idealnej (dla Amerykanów). Czy tak jest? Nie wiem, ale naprawdę dobrze się ją ogląda.

A to dziwne o tyle, że HoC to dramat polityczny. Do bólu i szczegółu oddający skomplikowaną grę polityczną na najwyższych szczeblach władzy. Bo umówmy się - każdy wie, że polityka na tym poziomie skażona jest korupcją, a jak nie korupcją to przynajmniej balansującym na granicy prawa lobbingiem. Tyle, że nikt z nas, prostych obywateli nie wie, jak to działa od środka. I mimo, że Frank (Kevin Spacey, główna postać) wiele nam po drodze wyjaśnia, to i tak człowiek zdąży się spocić zanim zrozumie reguły rządzące wnętrzem wielkiej polityki.

Szkielet HoC stanowi kilka postaci z kongresmanem Frankiem i szefową organizacji charytatywnej Claire (jego żoną) na czele, a tkanką łączącą poszczególne kości są relacje między nimi i całą resztą serialowego towarzystwa - rozmowy, dyskusje, kłótnie, negocjacje, manipulacje, szantaże, niedopowiedzenia, tajemnice, drugie, trzecie i czwarte dno. Dlatego pierwsze dwa odcinki wydają się być dość chaotyczne i można się trochę zniechęcić. Czego jednak absolutnie nie polecam!

Bo im scenariusz głębiej wchodzi w różnego rodzaju niuanse i intrygi polityczne, tym głębiej my wnikamy w ten świat, zaczynamy go jednocześnie rozumieć ('acha, to dlatego') i nie rozumieć ('jak on tak może?'). To połączenie sprawia, że czekamy co wydarzy się dalej. Duża w tym zasługa Franka, którego przemyślenia i pomysły na stłamszenie rywala nie są przedstawione tylko jako jego myśli - on zwraca się do kamery, patrzy nam prosto w oczy i mówi do nas. Tak jakbyśmy ciągle byli gdzieś za jego plecami, a on od czasu do czasu odwraca się i wyjaśnia co zrobi, zrobił i po co. Albo puszcza nam oko i strzela kozacką minę. Ten zabieg w połączeniu z mistrzowskim Spacey'em tworzy niesamowity klimat naszej bezpośredniej obecności przy najważniejszych wydarzeniach i decyzjach zapadających w Białym Domu.

Zanim jednak zabierzecie się za oglądanie HoC przestudiujcie sobie, jak w teorii działa i wygląda amerykański ustrój polityczny, bo serial nie jest tworzony z myślą o reszcie świata i nam tego nie tłumaczy. A ta wiedza to klucz, żeby HoC wciągnął was bez reszty. Nie znając podstawowych różnic ideowo-światopoglądowych między Demokratami i Republikanami, nie wiedząc kim jest speaker i sekretarz stanu, stracicie pierwszych kilka epizodów na domyślanie się kto, co, kiedy i dlaczego. To znaczy da się bez tego żyć, ale po co marnować czas na techniczne sprawy zamiast od samego startu zgłębiać tajniki wielkiej polityki.

Warto też zajrzeć do Wikipedii, żeby poznać samych bohaterów. HoC nie wprowadzi was w ten temat zbyt szybko, jeśli w ogóle. Po jakimś czasie wszystko oczywiście wychodzi, ale znów - bez sensu poświęcać temu dodatkową uwagę, kiedy możecie od pierwszych sekund wiedzieć who is who.

No więc tak: faceci - będziecie zachwyceni. Ale nie sądzę, żeby HoC spodobał się kobietom. Głównie dlatego, że większość z nich nie wierzy, że takie rzeczy dzieją się w realu i na siłę będą szukać dziury w całym. A to przecież tylko serial, do tego amerykański, który zawsze będzie miał w sobie nutkę reżysersko-aktorskiej fantazji, żeby uatrakcyjnić przekaz. Co nie zmienia faktu, że 95% jego treści to inspiracja polityczną rzeczywistością USA i jej netflixowa interpretacja. Bo z pewnością faceci w polityce to świnie. I tego należy się trzymać.

Takie są moje odczucia, ale napiszcie co Wy myślicie na temat HoC. A może macie dla mnie jakieś lepsze propozycje?



Piszcie w komentarzach.