9 lut 2013

ISLANDIA. KIEDYŚ TAM WRÓCĘ... #3


To już chyba ostatnia część podróży po Islandii, ale znów nie mogę być tego pewien. Przeglądam te fotki pierwszy raz od 4 lat i znajduję potem takie okazy, które po prostu muszą się tutaj znaleźć.

Zresztą właśnie mi się przypomniało, że powinienem też coś napisać o pracy tam, na wyspie. Bo to nie to samo co u nas, oj nie!

Ale dziś będą wybryki natury, które obiecałem w pierwszej notce (i się nie wywiązałem), potem w drugiej i tu już nie dam ciała.

GEJZERY

Na początek niech będą gejzery. W ogóle to taka ciekawostka, że znane i stosowane na całym świecie słowo 'gejzer' pochodzi od islandzkiego Geysir, czyli nazwy... gejzeru :)

Na ziemi występuje całe mnóstwo tego typu wodotrysków, ale nazwa pochodzi z Islandii i to już jest jakiś prestiż. Choć nie każdy o tym wie.


Nie mam najmniejszego pojęcia co to jest. Wygląda jak zatopiona w gorącym bagnie gliniana chata. Ale to chyba tylko moja wyobraźnia tak pracuje, bo to na pewno było co innego.


Zaraz tryśnie wrzątek. Uwaga... START! Oto Geysir.




Tu już opada. Wrażenie jest nie do opisania a całą grozę sytuacji potęguje jeszcze dźwięk wydobywający się z wnętrza ziemi - najpierw słychać szmery, ziemia trochę drga, za chwilę szmery zastępuje coraz mocniejsze bulgotanie aż w końcu słychać klasyczny, tyle że głośny dźwięk tryskającej wody - trochę jak taka miejska fontanna, ale głośniej i nagle.


Ech te turysty... gdzie tylko mogą, rzucają pieniądze. Ale samo wejście do podwodnej jaskini bardzo zachęca, żeby tam wejść. Tylko co potem?


WODOSPADY

No cóż, na Islandii wodospady to wodospady. W Polsce to... hmm... strumień wody spadający do wody. Nic nadzwyczajnego, przy islandzkich kaskadach Kamieńczyk to nędzarz.


To Gullfoss. Nie jest największy na Islandii, ale na pewno największy spośród tych, do których zwykły turysta może się dostać i jeszcze go dotknąć. Tam na tym cypelku widać ludzi, musicie się przyjrzeć. To pokazuje potęgę tego wodospadu, od którego i tak jest sporo większych.


Wygląda groźnie, ale na filmach ludzie spadają z takich wodospadów i żyją ;)








A tu Gullfoss latem i zimą. Mniej więcej to samo ujęcie. Zimową fotkę zrobił kolega, który był tam o tej porze.


Wodospad 'no name', jeden z setek takich tutaj. Ale w połączeniu ze scenerią chyba najpiękniejszy,  jaki w życiu widziałem.


Kolejny 'mały' islandzki wodospadzik. Lokalna popierdółka.


Marzeniem każdego dzieciaka od zawsze jest wejście za wodospad, bo na sto procent musi tam być ukryty skarb.


Sprawdziłem - ktoś zabrał. Było sporo turystów, więc to pewnie któryś z nich mnie ubiegł. Kiedy się z tym pogodziłem, zacząłem dostrzegać piękno tego miejsca. Gdyby się kogokolwiek zapytać, co takiego fajnego jest w 'byciu' za wodospadem, to podejrzewam że nikt na to pytanie nie odpowie. To jedno z tych miejsc, gdzie piękno się czuje a nie widzi.


FIORDY


Islandzkie fiordy to nie ten kaliber co norweskie. Na Islandii zbocza gór łagodnie schodzą do wody, nie ma tam stromych klifów i ciągnących się kilometrami kanałów, odgałęzień, woda z oceanu nie wchodzi tak głęboko w ląd jak właśnie w Norwegii. Ale dzięki temu widok islandzkich fiordów uspokaja człowieka, bo daje przestrzeń i nie skrywa żadnych tajemnic za rogiem.


Ta fotka powinna brać udział w World Press Photo i wygrać. Jest niesamowita. I idealna jako tapeta na pulpit w sytuacji, gdy macie na nim bałagan.


Ten sam teren, ale inne ujęcie. I pustki, wszędzie pustki. Błogooo.


Wyjście na ocean. No tak to wygląda z okna samochodu.


World Press Photo - 2. miejsce :)

WĄWOZY I WULKANY

Islandia leży na styku dwóch płyt tektonicznych i to widać. Kiedyś trzęsienia ziemi i ciągle jeszcze wybuchy wulkanów robią swoje i po swojemu kształtują teren. Dawno już nic aż tak dramatycznego się nie działo, ale to nie zmienia faktu, że Islandczycy żyją na tykającej bombie. Ale jak się tam jest, to się o tym nie myśli, bo po co. Jest tyle do obejrzenia!



Tu w Thingvellir przebiega granica między płytą euroazjatycką a północnoamerykańską. Kiedyś się zderzyły i powstał taki oto wąwóz. Od razu ze ścieżką i trawnikiem.


Eyjafjallajokull. To nie przypadkowy ciąg liter, ale nazwa wulkanu, tego powyżej. I dokładnie tego, który w 2010 roku nagle się obudził, wyrzygał i narobił na niebie sporo bałaganu. Od tamtego momentu każdy przeciętny Europejczyk wie, co to pył wulkaniczny i wakacje na lotnisku.


A to inny wulkan - Hekla. Najwyższy z tych nadal aktywnych, ale od 12 lat nie wybuchał. Zresztą ludzie tam są na tyle inteligentni, że nie budują się w tych okolicach i nie ma jako takiego zagrożenia śmierci od usmażenia się w magmie. Jak już wybuchnie, to najgorszym efektem jest ten właśnie pył wulkaniczny, który oblepia wszystko dookoła. A najciężej mają owce, bo są wszędzie.

LODOWCE


Nie wiem jak wam, ale mi to przypomina zajebiście wielką czachę - ni w kij, ni w oko nie pasującą do całej reszty, jakby rzeźbę wstawioną przez tubylców po to, żeby się do niej modlić. Ale to tylko moja teoria i pewnie bujna wyobraźnia.



To tam właśnie tak wygląda - lodowiec sięga do jakiegoś momentu i nagle się kończy. Bo to lodowiec, wieczna zmarzlina, a nie jakiś tam opad śniegu zimą. Raczej się cofa, bo jak klimat się ociepla to wszędzie.

No i lodowcowy hit, czyli bezpańskie skutery na środku lodowca. Były spięte jakimś łańcuchem, do tego żaden nie miał kluczyków i to znacznie utrudniało zagarnięcie ich. Następnym razem.


Mimo że nie wygląda, to jest krystalicznie czysta - bo wypływa prosto z lodowca. Ale i tak nie zachęca do kąpieli.


Jęzor lodowca, który właśnie się cofa. Widzicie jak spierdala?


Tam w oddali też widać jęzory. To w ogóle jest ciekawe zjawisko, kiedy o zmianach temperatury decyduje nie różnica wysokości a odległość. Normalnie w górach jest tak, że dopiero wchodząc wyżej czujesz spadającą temperaturę. A tam na Islandii możesz być cały czas na jednym poziomie i w miarę jak zbliżasz się do lodowca, odczuwasz coraz niższą temperaturę.


Vatnajokull, czyli największy islandzki lodowiec i drugi w Europie. 8300 km2. Nie do ogarnięcia.


Tu już jęzor próbuje wtoczyć się do oceanu i spływając do wody, zostawia po sobie masywne kry. Albo jak kto woli - mini góry lodowe, które potem wypływają z lądu na ocean i tworzą zagrożenie dla statków.


Tu możecie zobaczyć jak wygląda skala tego zjawiska. Nie wiem gdzie ten człowieczek tam płynie, ale bez sensu na pewno tego nie robi.

GORĄCE ŹRÓDEŁKA


Wspominałem wam już, że cała Islandia paruje. Ale są miejsca gdzie paruje bardziej - tak jak tutaj. Ziemia tam w niektórych miejscach wręcz parzy w stopy, a w powietrzu czuć głównie zapach siarki i zgniłych jaj.



Tam w środku tych otworów gotuje się błoto. Temperatura takiej zupy ma od 100 stopni w górę. I cały czas bulgocze.


A czy wy też widzicie w tym inspirację natury 'monster munch' - tymi chipsami? Inną teorią może być zbyt duża ilość trawy wypalona przez to źródełko ;)


Tak mniej więcej wyglądały nasze podróże po Islandii w ciągu tych 3 miesięcy. Na mapce może to wyglądać ubogo, ale obok wielu miejsc nie da się przejechać obojętnie i czasem co 5 minut trzeba było zjeżdżać z głównej trasy, bo jakaś inna rokowała lepiej. Poza tym myśmy tam pojechali pracować, a nie podróżować więc i tak udało nam się zaliczyć solidną wyprawę. Zresztą różnorodność zdjęć dobitnie pokazuje, że wartych uwagi miejsc była cała masa. A i tak widzieliśmy i dotknęliśmy może paru procent tego, co Islandia ma do zaoferowania.

Wiecie co, dobrze byłoby spiąć tą całą naszą islandzką przygodę jakąś fajną klamrą. Dlatego ostatnia 'Islandia' musi być o tym, jak się tam w ogóle żyje, pracuje i wypoczywa, co się je i co się pije. Wcześniej prawie w ogóle o tym nie pisałem, a przecież nasze kultury i style życia są tak odmienne, że nie mogę nie pokazać wam różnic na tym tle. Ostatnia islandzka notka musi być zatem bardziej lajfstajlowa i taka właśnie będzie (LINK).

A Wy w swoim życiu mieliście okazję 'dotknąć' jakiegoś ciekawego zjawiska w innym kraju?

Coś, czego na pewno u nas nie ma i być może nigdzie indziej na świecie? 



O tu, w komentarzach poproszę.